Strona GłównaZAKOPANE→ Cele Stowarzyszenia→ Historia→ Rada Konsultacyjna→ Członkowie→ Wydarzenia→ Bristol→ Marian Jamontt→ Statut→ Zarząd→ Archiwum Fotograficzne→ Dokumenty i linki→ KontaktKRZESZOWICE→ Wydarzenia→ Galeria Jamontt→ Galeria Młodych→ Galeria Dźwiękowa→ Galeria Literacka→ Galeria Sportowa→ Piłsudski→ Potoccy→ Gladiator→ Archiwum Fotograficzne→ Archiwum Literackie→ Kontakt |
ZNOWU RAZEMZbigniew Cyran Po siedmiu latach nieobecności ponownie stanęła przed bramą ogrodu. Przekraczała ją tyle razy, przemierzając drogę do pałacu. Ostatnio latem, kiedy to złowieszcze pomruki zbliżającej się nieuchronnie wojny zmusiły ją, jak się wówczas wydawało, do chwilowego opuszczenia rodowej posiadłości w Krzeszowicach. Hrabina Krystyna z Tyszkiewiczów Potocka była nobliwą, starszą damą. Pałac, jak i wiele innych obiektów, nie należał już do rodziny. Nowe władze w Polsce przejęły te majętności, opierając się na wydanym przez siebie dekrecie o reformie rolnej. Podobny los spotkał wiele rodzin szlacheckich i arystokratycznych, niepasujących według nowej ideologii do stworzonego po wojnie systemu. Był to więc dla niej powrót sentymentalny, będący może ostatnim już spojrzeniem na miłe sercu miejsca. Nie była to łatwa dla hrabiny podróż. I to nie tylko w sensie fizycznym. Jeszcze bardziej męczącą była uporczywie powracająca myśl o wojennej historii pałacu, przejętego przez Niemców na rezydencję dla Hansa Franka, a także późniejsza jego utrata. Okres wojny był dla niej ciężkim przeżyciem. Najpierw pośpieszna podróż z krewnymi przez Węgry i Rumunię do Jugosławii, a po zajęciu jej przez Niemców oraz wywiezieniu synowej i wnuków do obozów koncentracyjnych, powrót z gromadą małych, płaczących dzieci, zaplombowanymi wagonami do Krakowa. To właśnie w Krakowie dotarły do wiekowej hrabiny tragiczne wieści o śmierci zaraz na początku wojny najmłodszego syna Andrzeja, rozstrzelaniu przez Niemców podczas masowej egzekucji w Palmirach pod Warszawą córki Zofii i śmierci z rąk rosyjskich żołnierzy syna Artura. Pomimo powrotu nie mogła być w żadnym ze swoich zajętych przez okupanta domów, z którymi związanych było tyle różnorodnych przeżyć. Miała jednak dość dokładne informacje także z Krzeszowic, pochodzące od zaufanego i oddanego Stanisława, który był lokajem, a po wojnie stróżem. Ogromnie przygnębiające było też to, że krzeszowicki pałac zajmował ktoś, kto wydawał wyroki śmierci na Polaków. Wszystko to było zamachem na jej życie, które zwłaszcza po śmierci męża, poświęciła na patriotyczną i dobroczynną działalność oraz religijne wychowanie dzieci. Kiedy okrutna druga wojna światowa zbliżała się do końca, nadszedł kolejny cios. Tym razem zadany przez sprawujących wtedy władzę w Polsce. Zabrano Potockim wiele obszarów ziemskich i budynków, wśród których był pałac, będący ich domem rodzinnym, siedzibą krzeszowickiej gałęzi rodu. Hrabina nie mogła tego wszystkiego ogarnąć i do końca zrozumieć. Rodzina pozostawiła tak wiele śladów swojego zaangażowania w życie codzienne społeczeństwa. Czy nie miało to teraz żadnego znaczenia? To prawda, że ogromny majątek może u innych wywołać zazdrość i niechęć do jego właściciela, ale czy fakt posiadania tylu dóbr jest czymś złym? Przecież człowiek bogaty także przeżywa różnego rodzaju rozterki. Jednak nie są one zwykle tak widoczne, jak dobra materialne. Dawniej też zadawała sobie podobne pytania. Ten świat nie przyciągał tak bardzo jej uwagi. Myślała o poświęceniu się życiu zakonnemu. Spowiednik, do którego zwróciła się o pomoc, poradził jej, aby nie podejmowała decyzji zbyt pochopnie. Teraz, po tylu przeżyciach, powracały dawne wątpliwości. Ale równocześnie przypominała sobie ewangeliczną opowieść o talentach, kiedy to zaradny sługa pomnożywszy dorobek swojego pana, został nagrodzony. Tak naprawdę nie będziemy przecież zdawać sprawy przed Bogiem z ilości posiadanego dobytku, lecz z tego, w jaki sposób go używaliśmy. Także wiele innych pytań, wątpliwości i zdarzeń pojawiało się w jej myślach, gdy wkroczyła na teren rozległego, otaczającego pałac parku. Trudne doświadczenia, które zawsze pokonywała z niebywała godnością, nie były jej obce. Najdokuczliwszym z nich było zabójstwo męża, hrabiego Andrzeja Kazimierza, dokonane we Lwowie. Właśnie ten obraz pojawił się w chwili, gdy w oddali zobaczyła schody krzeszowickiego pałacu, przed którymi wielokrotnie spacerowała wraz z mężem i dziećmi. Myślami bardzo często wracała do tej pamiętnej kwietniowej niedzieli. Powiadomiona o zajściu, natychmiast zbiegła schodami do gabinetu męża. Otoczony wieloma osobami, leżał przy biurku na małym dywaniku. Z rany postrzałowej w głowie płynęła krew. Oczy miał lekko przymknięte, lecz gdy ją spostrzegł, ożywiła mu się twarz i objął żonę serdecznym spojrzeniem. Nie rozmawiali. Milcząc, patrzyli tylko na siebie. Ale jakże często tak właśnie porozumiewali się. Pomimo wysiłków lekarzy, nie udało się zatrzymać obfitego krwawienia. Zostawiono ich samych. Poprosił ją, aby zawiadomiła cesarza, iż był wiernym jego sługą. Zawsze starał się przecież wypełniać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafił. Jego ciepłe spojrzenie wyrażało wszystko. Hrabina wiedziała, że był szczęśliwym człowiekiem. Wiedziała, że pomimo różnych życiowych zawirowań, które ludzi majętnych bynajmniej nie omijają, byli szczęśliwymi ludźmi i tę radość starali się przekazać swoim dzieciom. Z dość uciążliwej zadumy wyzwoliły ją dochodzące odgłosy szkolnych zajęć. Znajdowała się przecież przed zakładem naukowo-wychowawczym dla dzieci i młodzieży, którym działania wojenne zabrały najbliższych; odebrały im dzieciństwo i domy rodzinne. Tutaj jednak mogli myśleć o godnym życiu, ucząc się samodzielności. Dźwięki te przypomniały jej wspólne zabawy i rozmowy z dziećmi, gdy wszyscy mogli cieszyć się wzajemnym przebywaniem ze sobą. Zbliżała się do bramy pałacu. Nie odczuwała nienawiści. Ten stan był jej obcy. Przecież podczas największej życiowej próby, po stracie drogiego męża, potrafiła w myśl wpojonych jej zasad Dekalogu przebaczyć i prosić dla zabójcy o złagodzenie zasądzonej kary śmierci. Ogarnęło ją natomiast uczucie dotkliwego żalu, ale nie załamania i beznadziei. Pamiętała przecież, że wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój. Wierzyła, że w innym wymiarze naszego bytowania Stwórca rozjaśni nagromadzone wątpliwości i odpowie na nasze pytania. Stała zatem zamyślona przed własnym domem, do którego nie miała już żadnych praw. Poczciwy Stanisław, pełniący teraz obowiązki woźnego i stróża, zauważył zbliżającą się swą dawną panią. Powitał ją radosnym, głębokim ukłonem. Hrabina podając mu rękę odwzajemniła ten serdeczny gest. Przyjeżdżając tutaj, pierwsze kroki chciała skierować do pałacowej kaplicy. Niestety już jej nie było. Niemieckiemu okupantowi nie była potrzebna… Pragnęła też zabrać ze sobą ten pamiętny mały dywanik, który znajdował się kiedyś w gabinecie męża we Lwowie. Jego też nie było. Udała się więc do biblioteki, aby nieco odpocząć, czekając jednocześnie na dyrektora zakładu wychowawczego. Pochłonięta rozmową ze swoim dawnym służącym, nie odczuwała upływającego czasu. Ale rozmowa ta w niczym nie przypominała spotkania arystokratki ze zwykłym, prostym człowiekiem. Oboje siedzieli przy małym stoliku, spoglądając niekiedy przez okno na znajdujące się w parku majestatyczne drzewa, świadków historii wciąż trwających na swoim miejscu. Rozmawiała, ale jeszcze więcej słuchała jego opowieści. Po dłuższej chwili poprosiła Stanisława, aby zostawił ją na pewien czas samą. Biblioteka przypominała jej spotkanie i pierwszą dłuższą rozmowę z hrabią Andrzejem. Było to w Zakopanem. Ich znajomość dość szybko przerodziła się w szczerą przyjaźń. Wspólny udział w balach, różnych wizytach, dawał możliwość prawdziwego poznania się. Doszło w końcu do tego, że każde ich rozstanie stawało się tak nieznośnie długie. Zarówno Tyszkiewiczowie jak i Potoccy, patrzyli na tę sytuację bardzo życzliwym okiem, nie ukrywając swojej radości. A przecież ich spotkanie nie było zaaranżowane, jak to zazwyczaj się działo wśród arystokracji. W niedługim czasie wrześniowy piękny dzień, przedstawiciele możnych rodów z całej Europy i mieszkańcy dóbr Tyszkiewiczów na Litwie, byli świadkami wspaniałego ślubu. Opatrzność obdarzyła ich licznym potomstwem. Na świat przyszło sześć córek i trzech synów. Byli szczęśliwą rodziną, aż nadszedł tamten kwiecień… W pewnym momencie hrabina zauważyła uchylone drzwi biblioteki. Musiała być tutaj już dość długo, a dyrektor jakoś nie nadchodził. Powoli udała się więc w kierunku wyjścia. Przy drzwiach dyskretnie czekał wierny Stanisław. Żegnając go wyraziła zadowolenie, że pałac jest tak zagospodarowany; że są w nim dzieci. Oby tylko go nie zniszczono i pamiętano, kto w nim mieszkał. Opuszczała swą siedzibę, ale na jej twarzy pojawił się znowu ten ciepły, choć nie pozbawiony smutku, serdeczny uśmiech. Dobrze znaną alejką, powoli, kierowała się w stronę bramy ogrodowej, pozostawiając za sobą wspomnienia i swój udział w historii rodu Potockich. Starała się przekazać to wszystko swoim dzieciom. Kto wie, może któreś z nich powróci jeszcze tutaj, by przypomnieć dzieje rodziny i dopisać jej dalsze losy. Z tymi myślami, ponownie spoglądając po drodze na liczne okazałe drzewa, opuściła swą dawną krzeszowicką posiadłość. Pozostała jej jeszcze jedna, bardzo ważna sprawa. Wąską dróżką przy rzece, udała się do leżącego w pobliżu kościoła. Został zbudowany dzięki jej przodkom, dbającym także o utrzymanie i konserwację tej budowli sakralnej. Tutaj pochowany był nieodżałowany hrabia Andrzej. Pragnęła odwiedzić go raz jeszcze i …porozmawiać. Znalazła się w rodzinnej krypcie. Patrzyła na tablicę poświęconą swojemu mężowi. Dotykając delikatnie palcami liter na kamieniu nagrobnym, żegnała się z nim. Szeptane słowa modlitwy były ukojeniem i pociechą dla jej udręczonego serca, a nadzieją dla obolałej duszy. Przecież tam...spotkają się kiedyś. W świątyni rozpoczynała się właśnie Msza Święta w intencji zmarłego dawnego krzeszowickiego dziedzica, hrabiego Andrzeja. Usiadła w tylnych ławkach, by w modlitewnym skupieniu uczestniczyć w tej liturgii. Tak pokrzepiona, udała się jeszcze do rodzinnej kaplicy. Opuszczała to drogie sercu miejsce, ale także Polskę, gdyż dla takich ludzi nie było już miejsca w Ojczyźnie, nie byli tu mile widziani, wręcz dosłownie zwalczani. Wyjechała więc nielegalnie wraz z synową Zofią i wnukami Andrzejem i Arturem do Francji, a stamtąd do Afryki. Tam wkrótce spotkała swojego męża, hrabiego Andrzeja. Już na zawsze. W sto dwudziestą rocznicę swojego ślubu powrócili na swe dawne włości, by objąć patronatem Szkołę Podstawową w Miękini. Teraz, spoglądając duchowo na dzieci i młodzież, byli znowu razem. |

